środa, 16 marca 2016

"Rozmowy z katem" przez 255 dni się toczą

Tytuł: Rozmowy z katem
Autor: Kazimierz Moczarski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Liczba stron: 410


Wyobraź sobie, że trafiasz na parę lat do jednego pomieszczenia z osobą której nie lubisz, ale to naprawdę nie lubisz, z którą non stop wpadasz w konflikty. Musisz znosić słuchanie głupot, które mówi i patrzeć na  to jak idiotycznie się zachowuje. Wiele ludzi ma dość już na samo wyobrażenie sobie tego. A pomyśleć, że istnieli ludzie, którzy byli w podobnej sytuacji. I dzięki temu napisali tak świetny portret psychologiczny. Tak, mowa o panie Moczarskim. 
Autor owej książki z zawodu był dziennikarzem. Jako dziennikarz musiał przestrzegać pewnych reguł, których przestrzegać powinien każdy, a przynajmniej każdy szanujący się dziennikarz. Przede wszystkim dystansowanie się od subiektywnych ocen i wydawania osądów. Bo czytelnik chce poznać prawdę, a nie czyjeś osobiste zdanie na dany temat. I trzeba Moczarskiemu przyznać, że z wyzwania jakie sobie postawił wywiązał się znakomicie. Tułając się po więzieniach, trafił w końcu na celę z charakterystycznymi osobistościami, a szczególnie jednym - Jürgenem Stroopem, zbrodniarzem wojennym. A trzeba wiedzieć, że Moczarski przez lata był przetrzymywany w więzeniu ze względu na - jakżeby inaczej - powiązanie z AK. Tak więc w małej, ciasnej celi spotkały się dwaj mężczyźni o jakże odmiennych poglądach. 
I tu trzeba zacząć chwalić Moczarskiego. Cierpliwość, z jaką badał umysł swojego współtowarzysza niedoli, sposób w jaki dopytywał się o różne szczegóły, nie wzbudzając zbyt negatywnych podejrzeń zasługują na uwagę. Przez 255 dni spędzonych z wrogiem, bratając się z nim, nie zgadzając się, a przede wszystkim - nie oceniając go - tworzył coś, co po wyjściu na wolność mógł przekazać następnym pokoleniom. Ze swoją przerażająco dobrą pamięcią i spostrzegawczością przeprowadzał raz po raz rozmowy o tym jak, po co, dla kogo... A wszystko tyczyło się oczywiście postaw Stroopa wobec Niemiec, wobec wojny i wobec Hitlera. Zdarzało mu się stracić zaufanie ze względu na zbytnią butność (no bo kto tak intensywnie wypytuje o czyjąś przeszłość siedząc z nim w więzieniu, pierwsze co przychodzi na myśl - kapuś, trzeba się go pozbyć), wszczynać awantury (bardziej przez charakter Jürgena niż swój własny), ale i tak całość przeprowadził bardzo kulturalnie. I bardzo kulturalnie ukazywał również swoje poglądy. Rozmowa na poziomie, proszę państwa. 
Jestem pełna podziwu, naprawdę, rzadko można spotkać się z reportażem, który jest poprowadzony w taki sposób, mimo tematu, jakiego się podejmuje. Dlatego pełne 10/10, niczego tej książce nie brakuje. 

wtorek, 1 marca 2016

"Sekret" o którym wiedzą już miliony

Tytuł: Sekret
Tytuł oryginalny: The Secret
Autor: Rhonda Byrne
Wydawnictwo: Nowa Proza
Liczba stron: 216

"Rok temu zawalił się wokół mnie chyba cały świat."

Nie podobają mi się takie pozycje. O, jak bardzo mi się nie podobają. Na początek powiem, że trudno jest mi wystawić miarodajną ocenę (pisząc to, jeszcze się nad tym poważnie zastanawiam). Dylemat w moim przypadku polega na tym, że książka porusza tematy bliskie mojemu światopoglądowi. Z drugiej zaś strony, jest pozycją totalnie wyśmiewającą temat. Ale przecież przez całą książkę przewija się ogromna wiara w poprawność takiej a nie innej postawy wobec życia. Przecież dzięki temu więcej ludzi może dostrzec korzyści pozytywnego nastawienia. Dlaczego więc oskarżam autorkę o coś takiego?
Otóż, to co przez nią jest otaczane magiczną otoczką, realnie nazywamy po prostu karmą. O karmie wie każdy, jedni w nią wierzą, inni nie, jedni czerpią korzyści z jej zasad, inni traktują sprawę olewczo. Ale każdy wie czym jest i potrafi ją nazwać. A tu nagle na rynek literacki wychodzi coś, co jest nagłym, wielkim odkryciem. Już w wyobraźni słyszę krzyki zdziwienia, że oto odkryto cudowną metodę na to jak wieść szczęśliwe życie! Zupełnie jak w reklamach o powiększaniu penisa w tydzień czy chudnięciu 10 kg w kilka dni bez efektu jo-jo. Tak własnie brzmi ta książka.
A jednak mimo wszystko są osoby, którym się to podoba, które dzięki temu zmieniają swoje podejście do życia, do siebie, do wszystkiego. I dlatego tak trudno mi wystawić ocenę, e względu na takich odbiorców. Jednak, jako że Internet dał mi możliwość wyrażania swojej opinii na większą skalę, mogę z czystym sercem odradzić czytania tej książki i zachęcić do przeczytania w to miejsce czegoś lepszego a traktującego o  podobnej tematyce.

"Jesteś spadkobiercą królestwa. Jesteś doskonałością życia. I znasz Sekret."


czwartek, 21 stycznia 2016

Widziałeś kiedyś oktarynę? Jeśli nie to żałuj, bo to "Kolor magii"

Okej, dawno mnie nie było, ale chyba czas odżywić trochę tego bloga.

***
Tytuł: Kolor magii
Tytuł oryginalny: The Colour Of Magic
Autor: Terry Pratchett
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 208



Dziś na tablicę bierzemy, myślę że już zasłużoną klasykę fantastyki, choć tą przedstawiającą w sposób nietypowy, bo wyśmiewczy. Ja do fanów fantastyki się nie zaliczam, znam trochę przedstawicieli gatunku, jednak znawcą nazwać się nie mogę. Myślę jednak, że nie trzeba nim być, by zauważać schematy, jakie panują w stworzonych przez różnych autorów światach. Zlewają się w nich różne postaci, które już przeszły do kultury literackiej. Któż nie zna wampirów, elfów, wiedź czy czarodziejów? Właśnie o tych ostatnich, jest książka "Kolor magii" Terry'ego Pratchetta, a raczej przygodach jednego z nich. 
Jakie zaskoczenie na nas spada, gdy dowiadujemy się, że ktoś będący czarodziejem (a przecież mamy już o nich wyrobione zdanie) może być osobą tak bardzo przyciągającą do siebie kłopoty. Przecież znając zaklęcia, nie można mieć do nich aż takiego szczęścia. Co jednak, gdy czarów się nie zna?
Takiego właśnie czarodzieja wykreował nam Pratchett. Rincewind - bo tak nazywa się nieszczęśnik, jest - zdawać by się mogło - głównym bohaterem powieści. To jego znajomość języków rozpoczyna całą historię i jego brak typowych umiejętności ciągnie nas przez różne przygody w całej książce. Nie wiem jednak, czy można głównym bohaterem nazwać kogoś tak karykaturalnie zarysowanego. Postaci poboczne są, zdaje się, stworzone z większym kunsztem. Ale jako, że cykl, który rozpoczyna zabawę z całym Światem Dyksu jest nazwany cyklem o Rincewindzie uznajmy, że jest on bohaterem (prawie) tytułowym. 
Z Rincewindem więc wkraczamy do nieznanego nam jeszcze świata. Poznajemy historię, część bohaterów i zasady panujące na dysku. I w tym być może leży główny problem. "Kolor magii" skupiony jest na pokazywaniu świata tak bardzo, że sama fabuła książki nam gdzieś umyka. Jest parę scen charakterystycznych, jednak czytając ma się wrażenie, że czyta się mały zbiór mądrości i zabawnych satyr odnośnie fantastyki. I teraz zależnie od tego, czego od książki się oczekuje - może nam się to spodobać, bądź nie. Spodoba nam się, jeśli oczekujemy lekkiego, zabawnego zbioru okraszonego delikatną fabułą, nie spodoba nam się jednak, jeśli mamy nadzieję na kolejną świetnie wykreowaną serię książek stricte fantastycznych.


"To właśnie jest głupie w tej całej magii. Przez dwadzieścia lat studiujesz czar, który sprowadza ci do sypialni nagie dziewice. Ale wtedy jesteś już tak zatruty oparami rtęci i półślepy od czytania starych ksiąg, że nie pamiętasz, co dalej robić."


Na koniec dodam, że jeśli chodzi o pratchettowskie mądrości, to jestem pełna nadziei, że w kolejnych częściach Świata Dysku będzie ich więcej. Są głównym powodem wysokiego poziomu powieści (poza zabawą językową i słowotwórczą, którą dane mi było poznać dzięki świetnej robocie tłumacza). Zagorzali fani serii twierdzą, że pierwszy tom jest jednym ze słabszych, więc zabieram się za czytanie kolejnych. "A potem zacznę żonglować śnieżkami w piekle."

sobota, 1 listopada 2014

Pasiaste piżamy nie zawsze kojarzą się z bezbronnym snem


Tytuł: Chłopiec w pasiastej piżamie
Tytuł oryginalny: The Boy in the Striped Pyjamas
Autor: John Boyne
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 202


 

"Pewnego popołudnia, wróciwszy ze szkoły, Bruno ze zdumieniem stwierdził, że pokojówka Maria, która wiecznie chodziła ze spuszczoną głową, zapatrzona w dywan, wyciąga mu z szafy wszystkie ubrania i pakuje do czterech drewnianych skrzyń."


Ciężko mówi się o książce, której ekranizację widziało się tysiące razy. Powiedzmy więc, że powstrzymam się od subiektywnej opinii. Chyba po raz pierwszy umieszczę tu stricte recenzję.
Bruno to 9-letni chłopczyk mieszkający w dobrym domu w Berlinie. Ma trójkę wspaniałych przyjaciół, z którymi zawsze może się pobawić i trochę denerwującą siostrę, ale tak sądzi się o każdym z rodzeństwa.
Taki stan rzeczy zmienia jednak awans ojca Brunona. Hitler (przedstawiony jako Furia, niski mężczyzna z krótko ostrzyżonymi włosami i wąsikiem zaledwie dostrzegalnym, który sprawia wrażenie jakiejś fanaberii, czy może kawałka zostawionego przez nieuwagę przy goleniu) wiąże z nim jakieś ogromne nadzieje i nic nie może stanąć na drodze jego postępu w pracy - takim sposobem cała rodzina musi się przenieść do nowego domu. 
Dom ten, stojący w Po-święciu (idąc drogą domysłów, mogę chyba wysnuć, że chodzi tu o Oświęcim) wydaje się chłopcu już od samego początku nudny. Dodatkowo, nie ma tu nikogo, z kim można by było się pobawić, czy nawet porozmawiać. Z siostrą się nie da, bo to przecież Beznadziejny Przypadek.
W końcu Bruno wpada na wspaniały pomysł, aby pobawić się samemu w odkrywcę - przecież to jego marzenie, by odkryć coś, co tylko czeka na odkrycie. I takim sposobem poznaje Szmula, chłopca, z którym łączy go bardzo wiele, a dzieli tylko pochodzenie. Czy jednak to pochodzenie nie stanie im na drodze do niezwykłej i niepowtarzalnej przyjaźni? O tym będziecie musieli przekonać się sami, czytając tę chudziutką książkę (o ile jak ja, nie popełniliście obejrzenia w pierwszej kolejności filmu).
Jeśli chodzi o małe porównanie filmu z książką - moim zdaniem w filmie koniec został o wiele lepiej rozwiązany. Ma większy rozmach, może to dlatego jest takim bestsellerem. W książce brakowało mi takiej dramatyczności. Dodatkowo, była pisana językiem dość lekkim tak jakby książka powstała dla dzieci. Nie pokazuje dobitnie okrucieństwa wojny, czego bardzo mi brakowało, jakkolwiek okrutnie to nie brzmi.
Musze jeszcze wspomnieć o czymś, co mnie trochę denerwowało w tej książce, otóż miała trochę błędów stylistycznych. Redakcja chyba totalnie zapomniała o myślnikach przy dialogach, bo wtrącenia autora zlewały się z kwestiami bohaterów.

"Rzecz jasna, zdarzyło się to wszystko dawno temu i nie powtórzy się już nigdy. 
Na pewno nie w naszych czasach."

wtorek, 28 października 2014

Nie chciałbyś nigdy mieszkać w "Bidulu"

Tytuł: Bidul
Autor: Mariusz Maślanka
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 253


"Gdyby teraz ktoś niewidzialny odezwał się do mnie, na przykład Pan Nikt, i poprosiłbt mnie, żebym mu się przedstawił, to powiedziałbym tak: "Dzień dobry. Nazywam się Borys Mleczko i mam dziesięć lat". I tyle. Nie lubię o sobie mówić."

"Bidul" Mariusza Maślanki to owita humorystyczną nutką tragiczna opowieść o marginesie społecznym w czasach obalania komunizmu. Główny bohater Borys trafia wraz w rodzeństwem do tytułowego bidula, czyli domu dziecka i przedstawia nam historię pełną  patologicznych zachowań ludzi, którzy nie mieli szansy poznać dobrego, pełnego szczęśliwych chwil dzieciństwa. Już pierwszego dnia pokazuje, jak stara się przetrwać w życiu pełnym okrucieństwa. Wiadomo, że nie od razu mu się udaje, nie szuka bohaterskich wyjść z sytuacji - chce po prostu w spokoju przeżyć kolejny dzień. 
Książka przeplatana jest pierwszoosobową narracją z listami pisanymi do Pana Nikt, czyli właściwie nikogo ważnego. Gdyby był to ktoś ważny, listy nie byłyby rwane i wyrzucane do kosza tuż po skończeniu pisania. To monolog wewnętrzny, pisany z błędami ortograficznymi, dzięki czemu nabiera realizmu. Pisana bez zwracania uwagi na znaki interpunkcyjne w dziecięcy sposób. Czytelnik czuje się, jakby czytał czyjś pamiętnik, by w kolejnym rozdziale znów móc czytać książkę w formie normalnej powieści. 
Można by dyskutować bez końca - czy potrzebne są w tej książce tak ogromne ilości przekleństw. Wielu mogłoby się zdegustować, bo jak to tak, używać takiego języka w literaturze? Tylko że właśnie dzięki temu "Bidul" nabiera autentyczności. Bardziej oddaje emocje bohatera, jego odczucia. Osobiście nie uważam, że ich ilość została przesadzona - jest dodana w odpowiednich momentach, kiedy Borys ma naprawdę - jakieś tam, większe bądź mniejsze - powody, by ich użyć.
W książce zachwycająca jest zmiana bohatera - z dziecka, dla którego ważna jest zabawa, jego własne odczucia do dojrzałego, odpowiedzialnego (no, nie tak całkiem, ale kto z nas nie popełnia błędów?) mężczyzny. O ile na początku nie pałałam do niego sympatią (chociaż też nie nienawidziłam) o tyle pod koniec książki zachwycało mnie, jak inteligentny się stał. Jakimś cudem udało mu się wyrosnąć na porządnego człowieka, mimo tego, w jakim środowisku przebywał. Nawet zaczęłam odczuwać pewne podobieństwo w naszym patrzeniu na świat, to jak nie szedł z tłumem, nie dawał się przekonać do wielu głupstw, używał rozumu. 
Najciekawsze jest to, że książka zawiera wątki autobiograficzny, ponieważ jak wyczytałam z różnych źródeł - autor powieści sam trafił w swoich wczesnych latach życia do domu dziecka. 
Jestem zachwycona. Naprawdę dawno nie przeczytałam tak dobrej książki. Mimo, że na wielu portalach nie ma zbyt wysokich ocen, jestem przekonana, że postawienie tu pełnej 10 z mojej strony nie będzie błędem.

"Lajf is bjutiful. Dziękuję Państwu, że zechcieliście mnie wysłuchać. Podyryguję Państwo jeszcze... ale już nie teraz, bo właśnie jestem bardzo śpiący. Innym razem, proszę Państwa. I proszę mnie nie prosić, bisów nie będzie. A dlatego bisów nie będzie, bo jak już mówiłem, jestem bardzo, bardzo śpiący. Dobranoc Państwu..."


[zdjęcie okładki pochodzi ze strony lubimyczytac.pl]


niedziela, 12 października 2014

-Oglądałeś "Miasto 44"? -Nie, najpierw muszę obejrzeć poprzednie 43 części

Tytuł: Miasto 44
Gatunek: Dramat, wojenny
Produkcja: Polska
Premiera: 19 września 2014 (Polska), 30 lipca 2014 (śwkat)
Reżyseria: Jan Komasa 


 Miasto 44, tak. Ten film zrobił wielką furorę samym trailerem, samym pomysłem na niego. Już od miesięcy wszyscy wiedzieli o jego istnieniu i w końcu nadszedł czas, w którym możemy skonfrontować nasze wyobrażenia o nim z realiami. Jak one wyglądają?


Cóż, wiedziałam, że nie mogę się spodziewać czegoś rewelacyjnego. Wiedziałam, że nie będzie to drugie "Powstanie Warszawskie" (2014), które szarpnie mnie za serce i nie pozwoli wracać do domu z normalnym nastrojem. Już od początku podchodziłam do tego bardzo sceptycznie, no bo jak to - w filmie, który traktuje o takiej tragedii wysuwać na pierwszy plan seksualne pobudki bohaterów? Zazwyczaj było na odwrót, miłość była jedynie tłem, miała na celu osłodzenie tych ciężkich chwil, tu natomiast posunięto się do wyjątkowego ukazania roku 1944.

Nie powiem, była to dla mnie nowość, odświeżenie, nietypowe podejście do sprawy. Podchodziłam do filmu dość sceptycznie, aż w końcu nadszedł dzień, w którym wybrałam się do podmiejskiego kina by przekonać się na własnej skórze, czy to nietypowe podejście było strzałem w dziesiątkę, czy totalną porażką. I jak było?


Film porażką nie był na pewno. Fabuła trzymała się bardzo dobrze, podejście do niej od strony pragnień (a może raczej potrzeb?) bohaterów było dobrym zabiegiem. Jestem pełna podziwu dla pana Komasy, bo - nie oszukujmy się - jest człowiekiem młodym. To, że podjął się tego zadania, może mówić tylko o tym, jak dobrym jest reżyserem. Niewielu z nas, młodych ludzi (w tym przypadku nawet 50+ można uznać za młode osoby, bo nie mają okazji pamiętać tego wydarzenia, w końcu to już 70 lat) potrafiłoby tak rzetelnie wykonać to zadanie. 


I właściwie nic bym nie miała do tego obrazu filmowego, gdyby nie to, że jest tam kilka scen ogromnego kiczu. Ja wiem, że to był film dużych kosztów, włożono wiele pracy, by "odbudować" Warszawę z tamtych lat, ale sceny, które spokojnie mogą zahaczać o fantastykę, po prostu są nie do przegryzienia. [LEKKI SPOILER] Sceny, w których para zakochańców wyskakuje na środek planu, by całować się na tle pocisków i wybuchów, zwolnione tempo bezsensownego biegu przez cmentarz z akompaniamentem Czesława Niemena, czy głupia filiżanka lecąca przez cały pokój (no po prostu nie mogło się obyć bez tego efektu) są dla mnie totalnym dnem. [KONIEC SPOILERU] O ile film świetnie wsadza w fotel, te sceny wyrywają nas z '44 i zmuszają do płaczu ze śmiechu. Bez nich byłoby naprawdę dobrze. Naprawdę. 


Ostatecznie stwierdziłam, że moją oceną będzie 7/10. Mogłabym wstawić trochę więcej, bo przecież "to tylko kilka scen", ale niestety te kilka scen wryło się w pamięć najmocniej i pozostawiają niemiły posmak.

To moja pierwsza recenzja filmowa. Uznałam, że po prostu muszę skomentować jakoś tę produkcję. Być może to nie jedyna taka opinia i pojawi się więcej notek dotyczących ekranowych tworów.
[wszystkie kadry a także plakat filmu pochodzą ze strony filmweb.pl]

sobota, 20 września 2014

A co, jeśli wszędzie będzie Cię otaczała "Spirala"?

Tytuł: Uzumaki 
Polski tytuł: Spirala
Autor: Junji Ito
Wydawnictwo: Japonica Polonica Fantastica
Liczba stron: 640

 Od razu, na sam początek muszę powiedzieć jedno - nie jestem "mangozjebem". Daleko mi do tego określenia, ponieważ moja styczność z anime i mangą jest naprawdę niska. Widziała w swoim życiu jedynie kilka tytułów i mało się znam na mangach i na tym, co w nich najważniejsze. Uznajcie więc tę recenzję jako spojrzenie na japońskie komiksy oczami totalnego laika.

W tym momencie nie wiem, od czego zacząć, więc zacznę od tego, co do tej pory robi na mnie wrażenie - grafika. I nie, nie chodzi mi tu o samą kreskę, ponieważ ta jest przyjemna, bardzo komiksowa, mało mangowa. Zero dużych oczu, słodkich twarzy i kawai postaci. No ale czego ja się spodziewam po horrorze? Coś co za to rzuciło mi się mocno na mózg, to pomysł na to, co na rysunkach ma się znajdować - horrendalne, przerażone, zamarłe w krzyku twarze, trupy śmierdzące na każdym kroku i zwykli ludzie spiralnie zakręceni w fabułę, która umieszczona została w grubym tomisku, który i tak jest zbyt cienki. Jestem naprawdę zachwycona. Każda strona, to takie oddzielne dzieło sztuki, nad którym człowiek ma ochotę zatrzymać się dłużej i przyjrzeć każdemu szczegółowi. A przecież chce się dalej poznać historię miasta Kurouzu, więc jak tu się zatrzymywać?

Już dawno nie wsiąknęłam tak mocno w jakąś fabułę. Dawno nie miałam tego uczucia, że nawet po skończeniu czytania dalej myślałam o tym wszystkim, co się tam działo. Dawno niczym się tak nie zachwycałam. 
Jak dla mnie - sztuka w najlepszym tego słowa znaczeniu. Żałuję, że zaraz muszę oddać mangę w ręce właściciela, bo gdyby była moja, chyba nigdy bym się z nią nie rozstawała. Tej historii nie ma się dość, mimo że fabuła ma tendencję spadkową. Początek jest ukazany z wielkim rozmachem, który później przygasa, ale mimo wszystko trzyma poziom na tyle wysoki, że w ogóle się nie nudzi. No i koniec. Ostatni rozdział też spada na nas jak grom z jasnego nieba, którego się nie spodziewamy, po czym jest tylko pustka i szeleszczące w głowie pytanie - dlaczego to już? Dlaczego to już koniec?
[Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa i miło by było, gdybyś najpierw mnie powiadomił, że chcesz ich gdzieś użyć.]

czwartek, 21 sierpnia 2014

Zaśpiewam Wam "Balladę o celnym strzale"

Tytuł: Ballada o celnym strzale
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Fantastyka
Liczba stron: 32


"Przyjęcie właściwie już się skończyło."

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak łatwo przejmujemy czyjeś cechy. Nie bez powodu istnieje powiedzenie "z kim przestajesz, takim się stajesz". Jest to jednak nieszkodliwy zabieg, który nierzadko zbliża do siebie ludzi. Tutaj jednak nikt nie przejął niczyjej cechy, charakteru czy osobowości. To jest coś więcej, co nie wydaje się w żadnym wypadku zdrowe. Wyobraźcie sobie, że kiedy staracie się komuś pomóc, przechodzi na Was coś, czego nigdy byście sobie nie zażyczyli. Uderza w Was, niczym pocisk wystrzelony z rewolweru i w jednym momencie przechodzi na Was cała paranoja. Wystarczy jeden znak, jedno słowo, jeden cenny strzał, byście poczuli to samo, co Wasz korespondent.

Opowiadanie, które wyszło spod maszyny Stephena Kinga ma zaledwie 32 strony, jednak autor umiejętnie przeprowadza nas przez całą historię. Nie jest cudem, które można wychwalać pod niebiosa, jednak trzyma poziom, którego dawno już nie zaznałam w literaturze. I to w sumie wszystko, co mam do napisania. Lektura na jeden wieczór, szczerze polecam zaopatrzyć się w jeszcze jedną książkę Kinga, by nie pójść spać z (pozytywnym) wrażeniem niedosytu. ;)

"- Paul, w twojej maszynie nie ma fornitów? Prawda?
Zaś pisarz, który czasem - często - zastanawiał się nad tym, skąd właściwie biorą się słowa, odpowiedział bohatersko: "Nie". Weszli do domu trzymając się za ręce i zamknęli drzwi przed otaczającą ich nocą."

wtorek, 29 lipca 2014

"Raz w roku w Skiroławkach" dzieją się dziwne rzeczy

Tytuł: Raz w roku w Skiroławkach
Autor: Zbigniew Nienacki
Wydawnictwo: Pojezierze
Liczba stron: 496


"Kłobuk obudził się. Niemrawo wylazł z gniazda, gdzie jeszcze spała locha i prawie dorosłe warchlaki, mlaskające przez sen swymi ciepłymi, kosmatymi ryjami."

Mam wrażenie, że ogromny szowinizm przemawia przez autora. Nie znam go, w internecie wyczytuję wiele pochlebnych opinii o autorze jak i o samym jego dziele, ale osobiście nic ciekawego tu nie widzę. Jestem pewna, że jest wiele innych pozycji, w których można doszukać się wiejskiego prostego (nie jak tu - prostackiego) życia w lepszej osłonie. Nie mogę powiedzieć, że jest to dzieło wielkiej wagi, niestety.
Nie pasuje mi też przypisywanie książki do erotyków. Owszem, seks nie jest tu tematem tabu, ale przecież to, że na kilku stronach ukazane są mało szczegółowe, bliskie kontakty fizyczne, nie oznacza, że jest to powieść erotyczna. Bardzo nagięte są więc opinie, że trzeba się wstydzić czytania tej książki, jakoby to była powieść mocno intymna (a z takimi się spotkałam). Seks jest pokazany w specyficzny sposób, który mi osobiście się nie podoba.
Może punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, mnie osobiście boli rola kobiet przestawiona w książce. Płeć piękna jest pokazana w okropnym świetle. W ogóle, IQ większości postaci jest poniżej normy, a wcale tak przecież wsie nie wyglądają. "Raz w roku..." mogłaby być świetną książką, ale niestety, wykreowane postaci (czy też światopogląd autora - nie znam, nie oceniam) są mocno prostackie.
Nie pragnę, by mieszkańcami wsi była śmietanka inteligencka, ale też nie podoba mi się, że wszystko jest tu takie prymitywne.
Mocno się zawiodłam, bo czytałam wiele pochlebnych opinii, a nie znalazłam w książce nic zachwycającego. No, może poza całkiem dobrym zarysem mordercy i jego wnętrzu, oraz dobrymi, aczkolwiek nie zniewalającymi opisami krajobrazów polskiej wsi.

"Wszystko można mieć na świecie, jeśli się człowiek o to będzie starał."

niedziela, 22 grudnia 2013

"Pianista" Władysław Szpilman

Tytuł: Pianista
Autor: Władysław Szpilman
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 216



"31 sierpnia 1939 roku nie było w Warszawie już prawie nikogo, kto byłby zdania, że wojny z Niemcami można jeszcze uniknąć, i tylko niepoprawni optymiści były przekonani, że Hitler przestraszy się nieprzejednanej postawy Polski"

Fanką "Pianisty" w reżyserii Polańskiego jestem przeogromną, film cały czas jest jednym z moich ulubionych, więc przeczytanie książki, która była napisana jeszcze przed filmem, było oczywiste.
Książka ta, to wspomnienia znanego polskiego pianisty i kompozytora żydowskiego pochodzenia. Jestem pewna, że większość osób zna ten film, a nawet go oglądało. Polański odwalił kawał dobrej roboty obsadzając w rolach amerykanów i robiąc z tego światowy hit. Nie o filmie jednak dzisiaj, lecz o książce.
Akcja książki rozpoczyna się we wrześniu roku 1939. Szpilman gra wtedy nokturn cis-moll Chopina. Grę przerywa mu bombardowanie całej Warszawy. Szpilman jest zmuszony wrócić do domu, aby tam poczuć uczucie więzienia. Pianista mieszkał na terenie, w którym zbudowano getto, aby oddzielić Żydów od reszty miasta, dzięki czemu miał własne mieszkanie i nie musiał się nigdzie przenosić. Od tego momentu musi wraz z rodzicami, bratem i dwiema siostrami przeżywać piekło. Aby przeżyć, muszą posprzedawać większość swoich kosztowności, w tym także pianino. Nie oznacza to jednak, że pozbawiono go gry na pianinie. Grał dalej w kawiarni, w której spotykali się sami najgorsi ludzie. Był jedyną osobą, która musiała utrzymywać całą 6-osobową rodzinę.
W końcu cała ich rodzina została wywalona z domu na dwór, aby tam wraz z rodziną czekać na pociąg do Treblinki, na pewną śmierć. Kiedy Szpilman stoi w kolejce do wagonu, ktoś usuwa go z niej, dzięki czemu udaje mu się przeżyć następne kilka tygodni. I tak zaczynają toczyć się jego losy podczas wojny.
Zanim wybuchła wojna Szpilman grał nokturn cis-moll Chopina. Hitler przerwał jego grę, aby los dał mu przeżyć całą wojnę i pozwolił grać ten sam nokturn cis-moll w Polskim Radiu, tuż po wojnie.
Trzeba przyznać, że jego historia jest wręcz filmowa, jakby nie napisana przez życie. Jednak to działo się naprawdę.
Mimo że oglądałam już film, książka wywarła cudowne wrażenie. Co prawda, przewijały się w mojej głowie obrazy z filmu, nie zaważyło to jednak na ocenie. W książce ukazane są wszelkie emocje związane z poszczególnymi scenami. Mimo że - jak pisał syn tytułowego pianisty - Szpilman nie był pisarzem, to książka jego jest cudowna i jest w niej ukazane to, co powinno.
Muszę też pochwalić pomysł na uzupełnienie książki fragmentami z pamiętnika Wilma Hosenfelda, jednego z tych Niemców, którzy mimo swojej służby, mogli naprawdę nazwać się Człowiekiem. Wyjaśnia to w pewien sposób reakcję kapitana na ujrzanego w gruzach jednego z warszawskich domów pianistę.

"Postaram się, żeby już wkrótce pojawiło się tam drzewko dla kapitana Hosenfelda, zroszone wodą z Jordanu. Kto je zasadzi? Władysław Szpilman, a pomoże mu w tym jego syn Andrzej."

czwartek, 12 grudnia 2013

"Tylko ja sama" Roma Ligocka

 Tytuł: Tylko ja sama
Autor: Roma Ligocka
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 412
 


 "Przez całe życie chciałam przypomnieć sobie ojca."

"Tylko ja sama" to trzecia książką Romy Ligockiej, jaką udało mi się przeczytać.
Muszę zacząć od tego, że okładka tej książki jest cudowna. Jest trochę psychodeliczna, pełna smutku i bólu. I wprawdzie taka jest ta książka. Nadzwyczajna w swoim cierpieniu. Ktoś by jednak powiedział, że to nic nadzwyczajnego. Autorka jest bowiem Żydówką, która przeszła wiele w czasie wojny, jak i po niej. Więc co w niej takiego nadzwyczajnego? Otóż Ligocka, mimo tego przerażającego świata o jakim opowiada, pisze jakoś tak lekko i przystępnie.
Pozycja ta jest napisana w sposób chronologiczny. Każdy rozdział, to nowy miesiąc, dzięki czemu widzimy, że mimo prosto płynącego czasu jej myśli są nie tylko Tu i Teraz, ale także gdzieś Wczoraj, gdzieś Tam w strasznych czasach.
Jest to jakby kontynuacja "Dziewczynki w czerwonym płaszczyku". W tej książce jednak widzimy już dorosłą kobietę, która chce ułożyć sobie życie. Sęk w tym, że jest jeszcze dzieckiem, którym nie mogła być za czasów wojny. W czasie czytania dowiadujemy się o miłości jej życia, z którą żyje w wolnym związku. Jest właściwie kochanką, ale czytający dobrze wie, że im obydwojgu się to należy.
Ta dorosła kobieta, która jest jeszcze bezbronnym dzieckiem zostaje poddana próbie. Zostaje zaburzona jej świadomość. Świadomość, że jej ojciec być bohaterem. Próbuje więc z całych sił dojść do tego, kim był jej tata i co robił podczas wojny.
W książce widzimy dwa główne wątki. Miłość i pragnienie odkrycia prawdy o ojcu. Są całkiem odległe i wcale się nie łączą, ale tworzą jakąś jedną całość, która z żadnej strony nie przeszkadza.
Zdania na temat tej książki są podzielone. Niektórzy ją uwielbiają, inni nie rozumieją. Ja jestem gdzieś pomiędzy. Romę Ligocką szanuję, za to co przeszła. Była wspaniałą kobietą i widać to po tym, jak pisze, jakie wartości są dla niej ważne. Jednak coś mnie od niej odpycha. Sama nie wiem co, bo i jako kobieta i jako autorka jest w porządku. Jednak jakoś jej tak za dużo wszędzie. Jestem przyzwyczajona, że książki o wojnie nie są tak oblegane, jednak jej pozycje były bestselerami.
Mimo wszystko podjęta przez nią próba odnalezienia informacji o ojcu jest zachwycająca. Gdyby nie to, książka by zapewne nie powstała. Wiadomo, że chciała obronić dobre imię swojej rodziny. 

"Tylu rzeczy w życiu szukałam. A zawsze odnajdowałam jedynie samą siebie."

czwartek, 21 listopada 2013

"Stowarzyszenie umarłych poetów" Nancy H. Kleinbaum

Tytuł: Stowarzyszenie Umarłych Poetów
Autor: Nancy H. Kleinbaum
 Tytuł oryginału: Dead Poets Society
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy Rebis
Liczba stron: 160



"W murowanej kaplicy Akademii Weltona - prywatnej szkoły położonej wśród dalekich wzgórz Vermontu - po obu stronach szerokiej nawy siedziało ponad trzystu chłopców ubranych w odświętne szkolne bluzy."
Wyobraźcie sobie, że macie kilkanaście lat i uczycie się w szkole, w której cztery złote zasady wybrzmiewają jak najgorsze echo w waszych uszach: Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość. Dyrektor jest BARDZO surowy, a nauka suchych faktów jest najważniejsza. I nagle do takiej szkoły-piekła przychodzi nauczyciel, który wyróżnia się znacząco. Jego podejście do życia jest o wiele inne, niż całej kadry nauczycielskiej.
Taki nauczyciel uczył właśnie w szkole, do której chodzili główni bohaterowie "Stowarzyszenia umarłych poetów". Zamiast uczyć ich angielskiego, chodząc utartymi ścieżkami, on uczy ich myśleć. Wdraża w ich życie poezję i filozofię. Każe chwytać dzień, co później zamienia się w chwytanie piersi.
"- Carpe piersiam - szepnął do siebie, zamykając oczy. - Chwytaj pierś!"

Główni bohaterowie: Charlie, Knox, Todd, Neil, Meeks, Pitts, Cameron mają to szczęście, że trafiają do profesora Keatinga na lekcje angielskiego. Poznają dzięki niemu życie i dorastają w szybkim tempie. I dzięki niemu tworzą "Stowarzyszenie Umarłych Poetów". Zawdzięczają mu bardzo dużo. Niektórym zastępuje nawet rodziców.
Kilka razy się szczerze uśmiałam, dwa razy uroniłam łzy. Zdecydowanie polecam tą książkę. Nie jest zaściankowa. Niby prosta, lecz ma w sobie coś takiego, przez co na chwilę się zatrzymujemy, zastanawiamy i stwierdzamy, że chcielibyśmy należeć do "Stowarzyszenia Umarłych Poetów".
John Keating, ów nieograniczony nauczyciel przypominał mi moją nauczycielkę od polskiego. Może dlatego był mi tak bliski, a to, o czym mówił, było mi tak dobrze znane.
Książkę bardzo trudno streścić, bo jest naprawdę mikra i chciałoby się tylko więcej, więcej i więcej. Wprawdzie nie historia jest tu najważniejsza, a to, co możemy z niej wynieść. Uczy nas, że nie warto zamykać się w stereotypach, iść za stadem i najważniejsze - mieć własny rozum.
Pokazuje też, jak szkolna dyscyplina potrafi niszczyć. Jak przez nią młodzież nie stara się myśleć samodzielnie, bo jest pod presją nauczycieli.

„Kiedy czytacie książkę, nie bierzcie pod uwagę tylko tego, co mówi autor, weźcie pod uwagę również to, co myślicie wy. Musicie starać się odnaleźć własny głos, chłopcy.”

Ten cytat idelanie oddaje to, jak powinno się czytać tę książkę - myśląc.
Muszę powiedzieć, że była to pierwsza książka, która nie była oparta na faktach, a tak mnie wzruszyła. I stawiam jedno pytanie do autorki, do nauczycieli, do świata - dlaczego ta podróż po zakątkach jednej z najsurowszych szkół trwała tak krótko? Ma w sobie ona bowiem wszystko - świetną historię, niebanalnych bohaterów i morał.
"Skinął im głową, jakby chciał powiedzieć "żegnajcie". Potem odwrócił się i powoli wyszedł, zostawiając za sobą niczym nie zmąconą, uroczystą ciszę."

wtorek, 12 listopada 2013

"Z diabłami na ty" Władysław Gębik

Tytuł: Z diabłami na Ty
Autor: Władysław Gębik
Wydawnictwo: Wydawnictwo Morskie
Liczba stron: 333



Są takie książki, po których przeczytaniu mam wrażenie, że nie przeczytam już lepszej książki. Takie odczucie towarzyszyło mi przy tej książce. Już od pierwszych stron.
Nie umiem pisać recenzji książek, które robią na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem o czym napisać, żeby czegoś nie pominąć. Mam wrażenie, że wszystko, co napiszę, będzie zbyt ubogie w porównaniu z tym, co zawarte jest w książce.
Tematyka II Wojny Światowej i obozów koncentracyjnych jest zazwyczaj przerażająca i zasmucająca. Wspomnienia Gębika, mimo faktów, jakie w sobie zawierają, mają w sobie coś patriotycznego, coś napawającego dumą, coś pocieszającego. W trudnych warunkach, w jakich musieli żyć tamci ludzie, on z zaprzyjaźnionym społeczeństwem obozowym postanawia nie poddawać się wrogowi. 
Żeby zrozumieć, trzeba przeczytać. Po prostu.
To, co przykuło moją uwagę, to to, że Gębik posługiwał się fragmentami nieopublikowanych nigdy wspomnień bliskich mu osób. Dzięki temu przetrwały. Być może nikt już ich nigdy nie wyda. Mamy więc takie dwa w jednym. 
Dużo zawdzięczał autor poezji. Tej pisanej w obozie, jak i tej, która istniała już o wiele wcześniej. Kilka stron poświęca wierszom swoich kolegów, które wywierają niesamowite wrażenie. Poza tym, czasem między akapitami wplata jakieś fragmenty utworów poetyckich.

piątek, 1 listopada 2013

"Krzyżacy" Henryk Sienkiewicz

Tytuł: Krzyżacy
Autor: Henryk Sienkiewicz
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 320 + 365 



W Tyńcu, w gospodzie "Pod Litym Turem" należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi, słuchając opowiadania wojaka bywalca, który z dalekich stron przybywszy, prawił im o przygodach, jakich na wojnie i w czasie podróży doznał.

Kiedy jest się w wieku gimnazjalnym i widzi się tytuł "Krzyżacy" z nazwiskiem Sienkiewicza, ma się ochotę iść jak najdalej i nie wracać. Najlepsza książka opisująca historię walki pod Grunwaldem dostaje obniżone oceny przez przymus, jaki narzuca szkolnictwo. Z roku na rok coraz większa liczba osób twierdzi, że jest to książka gruba, beznadziejna i ma zbyt wiele obszernych opisów.
Ja też myślałam, że ta książka nie jest warta uwagi. Jeszcze w pierwszej klasie, kiedy "Krzyżacy" byli moją lekturą, zdołałam przeczytać jedynie jakieś 60 stron i odłożyłam ją w kąt.
Teraz, w 3 klasie, postanowiłam, że ją przeczytam. Nie pod przymusem oceny z lektury, czy wiedzy do egzaminu (choć to może trochę też przesłużyło się sięgnięciu po książkę), ale z własnej chęci.
No bo, jak mogę negować książkę, kiedy jej całej nie przeczytałam?
Tak sięgnęłam po dwutomową powieść historyczną i wciągnęłam się w wir wydarzeń, jaki zaserwował nam autor.

"Krzyżacy" Henryka Sienkiewicza opowiadają losy Zbyszka z Bogdańca i jego stryja - Maćka z Bogdańca przed sławną bitwą pod Grunwaldem i w jej czasie. Zahacza również o to, co działo się po niej, jednak to, zdaje się być najmniej ważne.
Zdawałoby się, że nudna książka historyczna. Co w niej takiego, co ją wyróżnia? Dlaczego została nazwana najlepszą? Otóż Sienkiewicz w cudowny sposób ujął tamtejszą szlachtę. Imponujące jest, jak dobrze każda z postaci jest zarysowana. Choćby taki Zbyszko - rzeklibyśmy, zwykły rycerz. Miał swoje miłostki, był lekkomyślnym młodzieńcem, który, gdyby nie jego stryj, jego losy pewnie potoczyłyby się całkiem inaczej. Jednak autor nie miał na celu ukazania historii, w której byli ludzie. Sienkiewicz stworzył ludzi, którzy byli osadzeni w takim, a nie innym czasie. Miłość Zbyszka do Danusi, rozpacz po jej stracie, honor szlachcica, młodzieńcza potrzeba ciągłej miłości. Tu postaci nie były ani trochę tekturowe. Były prawdziwe. I dzięki temu mogliśmy zobaczyć, jak żyło się w tamtych czasach.
I w tym momencie mam ochotę rzucić się na całą plagę gimnazjum i wybić im z głowy to, co przekazują z roku na rok młodszym od siebie. Powstrzymuje mnie fakt, że sama nie najlepiej postrzegałam tę lekturę. ;)
Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, jak się żyło w tamtych czasach, co się działo, poleciłabym z pewnością tę książkę. Bo dzięki lekkości pióra, Sienkiewicz ukazał historię w lepszym dla nas, ludzi XXI wieku sposobie.
Co do przydługich opisów, które podobno tak męczą - gdyby nie one, nie wczulibyśmy się tak w akcję. Jak dla mnie, były idealne.

Aż radość we mnie wzbiera, że jednak przeczytałam tę powieść. I naprawdę, głupim pomysłem było umieszczenie jej w kanonie lektur dla 1 klasy gimnazjum. Do "Krzyżaków" trzeba dojrzeć. Nie mówię tu, że wszystkie osoby, które wyszły dopiero z podstawówki nie są na nią wystarczająca dojrzałe, jednak fakty mówią same za siebie. Jestem pewna, że gdyby nie przymus do czytania tej książki w gimnazjum, ocena byłaby znacznie wyższa.

Stary rycerz żył jeszcze długo, a Zbyszko doczekał się w zdrowiu i sile tej szczęsnej chwili, w której jedną bramą wyjeżdżał z Malborga ze łzami w oczach mistrz krzyżacki, drugą wjeżdżał na czele wojsk polski wojewoda, aby w imieniu króla i Królestwa objąć w posiadanie miasto i całą krainę aż po siwe fale Bałtyku.

sobota, 21 września 2013

"Hobbit, czyli tam i z powrotem" John Ronald Reuel Tolkien

Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem
Tytuł oryginału: The Hobbit, or There and Back Again
Autor: John Ronald Reuel Tolkien
 Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 314



W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit.

Któż nie zna J.R.R. Tolkiena? Trzeba przyznać, że zna go każdy, kto jakąkolwiek książkę miał w ręku. Jego trylogia jest równie rozpoznawalna jak on sam. Tak samo jak i Hobbit.
Przyszło mi żyć w takich czasach, kiedy Pana Tadeusza na lekcjach czyta się tylko fragmentami, a zastępują go takie książki jak ta. Właściwie, długo nie ruszałabym jej z półki, gdyby nie ten "przymus". Do fantastyki podchodzę bardzo sceptycznie, szczególnie, jeśli przez większość uznawana jest za świetną. Jak ten szkolny przymus przysłużył się w moich oczach dla książki?
Zacznijmy od tego, kim jest tytułowy Hobbit. Mała istota, mniejsza od krasnali, mająca swoje zasady i przekonania. Co robi Hobbit? Hobbit mieszka sobie, ciesząc się spokojnym życiem, dość stabilnym. Coś jednak sprawia, że to stabilne życie wywróci się do góry nogami i nie będzie już takie samo.
Na głowę "zwalają" mu się krasnale i jeden, przemiły czarodziej. Dzięki nim, jego życie nabiera całkiem nowego kształtu, a Bilbo dowiaduje się, że jest dobry nie tylko w byciu miłym i gościnnym, oraz że jest spokojny, jak reszta hobbitów, ale ma w sobie to coś, co go różni od reszty jego gatunku. Dzięki temu "czemuś" udaje mu się przeżyć a nawet zostaje doceniony.
Trzeba przyznać, że postać Hobbita bardzo mi się podobała, szczególnie pod koniec. Z początku właściwie nie był ani trochę ciekawy. Zwykły, leniwy hobbit lubiący jeść i spać. Spokojny, zrównoważony. Z biegiem czasu jednak coraz bardziej go lubiłam a pod koniec pałałam sympatią.
Wspaniałe był też świat, jaki wykreował Tolkien. Naprawdę, chciałabym to zobaczyć na własne oczy. To ten rodzaj fantastyki, która cieszy oko, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Wszystkie te lasy, jeziora, jakie sobie wyobrażałam były cudowne, nikt jeszcze nie wpłynął na takie wyobrażenie sobie świata, w jakim dzieje się akcja. Dzięki temu też, naprawdę czułam się, jakbym tam była. Nie mogę, wręcz nie potrafię tego opisać. To po prostu trzeba zobaczyć własnymi oczami wyobraźni.
Nie nudziłam się przy tej książce. Nie było przydługich opisów, nieciekawych dialogów. I nie obraziłabym się, gdyby jeszcze trochę tę akcję wydłużyć, dodać wątki. Mimo powolnego czytania, które zajęło ponad tydzień, po skończeniu lektury miałam niedosyt. Nie, w sensie źle skończonej książki, czy w złym momencie. Po prostu było mi go za mało i tęsknię za małym, mądrym Hobbitem.

Naprawdę długo zastanawiałam się, jaką dać mu ocenę. Nie ciągnęła mnie bowiem do siebie, ale wciągała, gdy miałam ją już w rękach. Czytanie jej bardzo mi się dłużyło ze względu na problem z oczami, czy może ze światłem. Gdybym czytała ją w innym momencie życia, pewnie przeczytałabym ją w 2, czy 3 dni. Może więc to i dobrze, że został ze mną na trochę dłużej. Daję Tolkienowi ocenę 8, gdyby była taka możliwość, nawet 8,5. Hobbit wciągnął mnie w swój malutki świat i sprawił, że zaczęłam postrzegać pewne rzeczy nieco inaczej.

Całe szczęście! - roześmiał się Bilbo, podając mu puszkę z tytoniem.

środa, 21 sierpnia 2013

"Ponad ludzką miarę. Wspomnienia operowanych w Ravensbrück" praca zbiorowa

Tytuł: Ponad ludzką miarę. Wspomnienia operowanych w Ravensbrück
Autor: praca zbiorowa
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 398



Są książki, których nie da się nisko oceniać. Ta należy do jednej z tego rodzaju: może być napisana naprawdę okropnym językiem, może być najdłuższą z możliwych - nie zostanie jednak odłożona na później. Widząc ten tytuł, po przeczytaniu książki serce mi się kraja. Ból zawarty w trzech słowach, które tak dobrze opisują cały dokument przenosi się na całe moje ciało i wstrząsają mną dreszcze.
Wszyscy wiedzą, czym była II wojna światowa, oraz czym były obozy koncentracyjne. Nie wszyscy jednak wiedzą, co się w takowych obozach działo. Ta książka jest idealną lekturą ukazującą, co przeżywały kobiety w jednym z nimieckich obozów zagłady - Ravensbrück.
Wspomnienia kilkunastu z nich, operowanych doświadczalnie. Kobiet, które pomimo, iż były zdrowe, miały jeszcze całe życie przed sobą, zostały położone na stół i boleśnie zranione.

"Operacje były bardzo ciężkie: zakażeniowe, kostne lub kostno-zakażeniowe. Kostne polegały na łamaniu, piłowaniu, wiórowaniu kości; wkładano do ran obce ciała, jak: szkoło, szmaty, kawałki drewna."

Te, które wyszły z obozu, którym udało się przeżyć wielką gehennę muszą przypomnieć sobie koszmary z dawnych lat i opowiedzieć światu, co działo się w Ravensbrück w latach wojny.
Wstrząsające i bolesne, to mało powiedziane.

Pierwsze zdanie: Pierwszy hitlerowski obóz koncentracyjny dla kobiet powstał w roku 1938.
Ostatnie zdanie: Po różnych tarapatach 25 maja 1945 r. wróciłam do Polski.

wtorek, 20 sierpnia 2013

"Szeptem" Becca Fitzpatrick

Tytuł: Szeptem
Tytuł oryginału: Hush Hush
Autor: Becca Fitzpatrick
Seria: Szeptem
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Liczba stron: 328 



Jeśli jesteś czytelnikiem, który woli książki wysokich lotów, nie masz tu czego szukać.
Mimo, że książka ma u mnie 5 gwiazdek, nie jest jedną z tych, które polecam wszystkim. Sięgnęłam po "Szeptem", bo książka była jedną z serii paranormal romance, które cały czas trawię i próbuję przetrawić. Nie jestem do takich książek jakoś bardzo pozytywnie nastawiona, choć czytam, gdy mam chęć się odmóżdżyć. Po następną książkę pewnie sięgnę, ale nieprędko, z tego powodu, że nie lubię mieć niedokończonych serii. Przypomina mi trochę serię "Dom nocy", głównie przez główną bohaterkę, która mnie strasznie irytuje.
Szukam, błądzę i próbuję dopasować jakąś książkę z serii młodzieżówek, które są teraz tak oblegane przez nastolatki. Niestety, żadna jeszcze nie podołała moim gustom czytelniczym, ta również.
Polecić ją mogę, jak najbardziej - jeśli jesteś fanem Zmierzchu i lubisz takie powieści. Dla mnie jednak była ona zbyt naciągana.
Autorka na pewno nie jest pisarką z powołania, bo stylowi można dużo zarzucić. Byłabym skora powiedzieć nawet, że niektórzy gimnazjaliści piszą lepsze stylistycznie opowiadania, niż pani Fitzpatrick.
Ocena jest naciągana i to mocno, nie potrafiłabym postawić niżej, bo, może początek był podobny do bestselerowego "Zmierzchu", ale historia była całkiem znośna.

"Jutro, kiedy zaczęła się wojna" John Marsden

Tytuł: Jutro, kiedy zaczęła się wojna
 Tytuł oryginału: Tomorrow, When the War Began
 Autor: John Marsden
Seria: Jutro
Wydawnictwo: Znak Litera Nova
Liczba stron: 272



"Jutro" całkowicie mnie zaskoczyło. Na początku byłam skora twierdzić, że to kolejny młodzieżowy cykl, który mało wnosi, który jest powielaniem już utartych ścieżek. I tak było do momentu, kiedy 7 młodych ludzi wróciło z Piekła, do... piekła. Potem, zostałam oczarowana.
To zdecydowanie nie była książka, za jaką ją na początku uważałam i przekonywałam się o tym z każdą stroną. Zdawać by się mogło, że pisze ją młoda kobieta, która pragnie trafić jedynie do młodzieży, a tu proszę. Może język nie jest zbyt dorosły, ale dla takiej książki to właśnie atut, ponieważ wszystko "pisze" dziewczyna, jedna z głównych bohaterów książki.
Czytając każde zdarzenie, zawsze zastanawiałam się, co by było, gdybym ja się tam znalazła, gdybym musiała podejmować takie decyzje jak oni i wykazać się taką wyobraźnią. Dodatkowo, osoba, która opowiada te wszystkie zdarzenia, była strasznie podobna do mnie, przez co poczułam się, jakbym to ja tam była.
Na pewno nie jest to książka dla młodzieży z serii "mało akcji, dużo obściskiwania się", dlatego ma lepszą ocenę. Na razie stawiam jej 7/10, być może przy kolejnych tomach, które mam w planach przeczytać, ocena podrośnie. ;)

Pierwsze zdanie: Upłynęło zaledwie pół godziny, odkąd ktoś - chyba Robyn - powiedział, że powinniśmy to wszystko zapisać, i zaledwie dwadzieścia dziewięć minut, odkąd wybrano do tego mnie.

"Colorado Kid" Stephen King

Tytuł: Colorado Kid
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 120


Słaba, bardzo słaba. Nie sądziłam, że sięgnę kiedyś po Kinga i zostanę zniesmaczona. Uwielbiam w Kingu to, że tak pięknie opisuje, można wczuć się w akcje, w to, gdzie się akcja toczy, a tu? Cała książka opiera się między innymi na dialogu, opowieść może i ciekawa, ale szału nie ma, niestety. Czytałam ją 3 dni, mimo, że jest tak cienka i tylko czekałam, by dojść do jej końca.
Nigdy, przenigdy nie radziłabym zaczynać nią przygody z Kingiem.

"Mroczna połowa" Stephen King

 Tytuł: Mroczna połowa
Tytuł oryginału: The Dark Half
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 772
  

Zdecydowanie najlepsza książka Kinga, jaką przeczytałam. Co prawda mam na swoim koncie bardzo mało pozycji tego autora, ale zanim przeczytałam "Mroczna połowę" nie myślałam, że będę chętna sięgnąć po więcej książek spod jego ręki.
Może i nie jest jedną z najchudszych powieści, ale King ma w sobie coś takiego, że nawet długie opisy czyta się z wielką ciekawością.
To, że napisana jest mistrzowsko, to jedno. Główny powód wysokiej oceny to treść. Pomysł na tak zawiłą akcję mógł zrodzić się tylko w głowie kogoś bardzo kreatywnego.
Polecam tę pozycję wszystkim, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze Stephenem Kingiem.